Maestro

Kiedyś ten dzień musiał nadejść, ale zawsze mieliśmy przekonanie, że będzie to za kilka lat, jeszcze nie teraz. Wciąż było przecież tyle zadań do wykonania, tyle filmów, wystaw, inicjatyw i spotkań. W samym 2016 roku: otwarcie po wielu latach starań Muzeum Czapskiego w Krakowie, jubileuszowe sympozjum na Uniwersytecie Jagiellońskim, koncert Scoring for Wajda, wernisaż wystawy rysunków w Mandze, imponująca feta na festiwalu w Gdyni przy okazji Powidoków... Nowe książki, edycje płyt i projekty, nad którymi sprawował pieczę. I jeszcze setki rysunków, do których po latach wrócił i które zajmowały mu całe godziny codziennej aktywności. Na jesień byliśmy umówieni na rozmowę poświęconą idei wielkiej wystawy organizowanej przez Muzeum Narodowe w Krakowie i Narodowe Centrum Kultury Filmowej w Łodzi. To ma być Opus Magnum wielkiego artysty, jednego z gigantów XX wieku i ambasadorów polskiej sztuki na całym świecie.

Każdy z nas zapamięta Andrzeja Wajdę na swój sposób – do mnie coraz głębiej przemawiał obecny w jego twórczości motyw śmierci. Nie melancholijnego przemijania, ale śmierci nagłej, ścinającej z nóg, uchwyconej w spazmie – jak w obrazach Wróblewskiego – naznaczającej życie przede wszystkich ludzi młodych. Andrzej Wajda czuł się depozytariuszem pamięci po tych, którzy nie przeżyli wojen, powstań i prześladowań. Stał po stronie żywych, pasjonował się młodością, zawsze szukał kontaktu z czasami, w których żył, a nawet je wyprzedzał. Ale przyglądając się współczesności, stał w półcieniu, w towarzystwie poległych na śmietnisku, w kanałach i obskurnych celach śmierci. Nadrabiał talentem i pracowitością za wielu z tych, którym nie było dane tworzyć – jako reżyser filmów i spektakli teatralnych, szef studia filmowego i pedagog, zaangażowany politycznie i społecznie obrońca pryncypiów demokracji.

A reżyserował z genialnym wyczuciem formy. Uruchamiał największe talenty aktorstwa, sztuki operatorskiej, scenograficznej czy kompozytorskiej, jakby był czarodziejem łączącym w idealnej proporcji ingredienty magicznej substancji. Tworzył dzieła na wskroś nowoczesne, o ogromnej sile artystycznego oddziaływania, plastycznej dynamice, świetnym rytmie montażu i tak bardzo niedocenianej u Niego maestrii narracyjnej – bo Andrzej Wajda to nie tylko polskość, romantyzm, historia i mit, ale też hollywoodzkiej miary geniusz inscenizacji i fantastyczna intuicja w nadawaniu poszczególnym obrazom kultowego wymiaru.

Dziś przepełnia nas żal. Dociera do nas przecież świadomość, że umarł nie tylko największy z największych reżyserów, ale też jeden z geniuszy XX wieku. W ostatnich latach tylu ich odeszło: Miłosz, Lem, Różewicz, Konwicki. Wajda wciąż trwał przy nas i z uporem mówił o tym, co jest w tych pospiesznych i niepokojących czasach najważniejsze. Ostatnio często podczas rozmowy gasł, składał ręce i opuszczał głowę. Trwająca przy nim Krystyna Zachwatowicz zawsze ożywiała go jakąś anegdotą, kolejnymi planami lub przeczytaną właśnie na smartfonie opinią internauty, który na YouTube zachwycił się filmem Piłat i inni. „Wszystko dobrze – mówił wtedy – ale spieszcie się. Ja już mam bardzo mało czasu”. Przyjdzie nam teraz wszystko sobie ułożyć bez Niego.

Rafał Syska